This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project to make the world's books discoverable online.

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover.

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the publisher to a library and finally to you.

Usage guidelines

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying.

We also ask that you:

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for personal, non-commercial purposes.

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the use of public domain materials for these purposes and may be able to help.

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find additional materials through Google Book Search. Please do not remove it.

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe.

About Google Book Search

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web

at|http : //books . google . com/

Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej.

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy.

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie.

Zasady użytkowania

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych pokoleń. Niemniej jednak, prace takie kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów komercyjnych.

Prosimy również o:

Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych celach prywatnych.

Nieautomatyzowanie zapytań

Prosimy o niewysyłanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni.

Zachowywanie przypisań

Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać.

Przestrzeganie prawa

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe.

Informacje o usłudze Google Book Search

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst

tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem http : //books . google . com/

tV:

% -

W-

^tcvvr-S'l'lS- ŁSl (S"-'*)

s

Bougjit withtheincome of THE KELLER FUND

Bequeathed in Memory of

JasperNewton Keller

Betty Scott Henshaw Keller

Marian MandellKeller

Ralph Henshaw Keller

Gn^rlTilden Keller

f

V

IL

9 ^ K^

%

w I L E Ń S r A

ITTTi ŁW żklT Ł

.w^

PRZEZ

JANA ZEillTINA.

NUMER PIĄTY.

WILNO.

w DRUKARNI A. MARClNOWSKlESO.

18 5«.

4^ .

3

Potwolono drukować % obowiąikiem sloienia w KomiUcte Cantury pra- wem oinacłODćj liezby ezemplarsy. Wilnoi 29 Kwietola 1858 foku.

CMior Pawal Kmk«lalk.

NOTATKI DZIWAKA,

POWIERZONE SOBIE

OGŁOSIŁ WAOŁAW V.

ROZBITEK M i.

MARZYCIEL-MATEMATYK

{Ciąg dalszy).

DZIENNIK KAROLA.

Wilno 20 czerwca* 184...

uczucia, którym zaciasno w ludzkiój piersi; wola nad niemi zapanować niemoże, a chociaż rozpromieniają nieraz cafe nasze jestestwo, jeżelibyśmy je chcieli ukryć w sobie i z niemi się pieścić, stają się one ciężarem, do- magają się gwałtownie wylania na zewnątrz, czy to w po- ufnej serdecznej spowiedzi przed bratem z ducha, który nas pojmie, zrozumie i razem z nami będzie bujał w uro- czych przestworach rojeń zaludnionych przez rozigraną wyobraźnię, czy też spowiedzi przed samym sobą.

Dopókim był małćm chłopięciem^ i wszystkie myśli ześrodkowywały się w chwili bieżąećj) nigdy tęsknota nie- nawiedzała mych piersi, byłem swobodny, jako wiatr w po- lu, spokojny i niotroskliwy o siebie, bo wiedziałem że inni

TEKA N. V. 1

2 286

myślą za mnie, inni o moim losie stanowią, a ja powinie- nem tylko pracą usilną wspierać zamiary starszych. Dziś gdy pierwszy raz mi powiedziano publicznie, że jestem już człowiekiem, że muszę sam myśleć o sobie, przy- szłość niepewna, przerażająca stanęła mi przed oczy ze swą zagadkową fizyonomiją sfinxa niepojętego; myśli wolne od hamulca rozpierzchły się swawolnie niemogę zdać sobie sprawy z uczuć, które mi pierś przepełniają; a jednak pojmuję to dobrze, że teraz właśnie powinienem trz3rmać się na wodzy, zdawać sobie sprawę z każdego swego postępku, każdy zamiar pićrwićj dobrze rozważyć, niż w czyn zamienić.

Dla tego więc postanawiam od dziś, zapisjrwać wszyst- kie najtajniejsze myśli i zachcenia chociażby kiedy przyszło zarumienić się przed sobą samym: przecież mych wy- znań nikt czytać niebędzie, moich świętości niesponiewiera obojętny wzrok ciekawości; a może kiedy za lat wiele prze- biegając te karty, na których każda chwila życia wj^isa- na, wrócę wspomnieniem wiata młodzieńcze i będę z tych kart czerpał otuchę w strapieniu; one mię skrzepią na walkę z życiem i przeciwnościami.

Noc spokojna przy otwartem oknie mojćj staucyjki na poddaszu, siedzę rozmarzony rozkosznie, zmęczony wy- padkami dnia dzisiejszego; przede mną wieżyca Ś-to Jańska wyskoczyła wysoko w górę i osrebrzona promieniem xię- życa, ostremi konturnami zarysowy wa swe kształty na cie- mnym lazurze; jćj dumne czoło, górując po nad całćm mia- stem swą wjmiosłością i szronem przeżytych wieków, hardo się nadstawia chmurom przelotnym; a u stóp jćj szemrzące źródło to łez krynica, łez wylewanych za tćm co minęło od lat dawnych; a cichy szmer odłńjający się o ściany ota- czającego domówstwa i po krawędziach wieżycy wdziera-.

287 3

jacy się do niebieskich stropów to poufna Bkarga, ser- deczne wyznanie, które gwar dzienny swym interesowa- nym zgieiidem zagłusza, i nikt zrozumieć niemoże, i nikt posłyszeć niechce wyszemranyołi przypowieści z dalekićj przeszłości... a wiele widziała wieżyca. Wartoby jćj po- słuchać i wziąć do serca jćj słowa. Lecz nasze serca mar- twe, wyobraźnia ołowiem przystroiła skrzydła i lęka się uchylić zasłony, co dolę praojców zakrywa, by ztamtąd nieurósł groźny wyrzut, żeśmy niesprostali swym obo- wiązkom, że spuścizna poświęcenia ,i miłości zacięźka na nasze barki. I po cóż nam karłom w pieluchach , ktiórych cały cel życia, to byt materyalny i trochę rozgłosu chociaż- by szalbiersko zdobytego, stawać oko w oko z przeszłością? Oglądam się dokoła, patrzę na swoich rówieśników i we- wnątrz własnej zaglądam piersi, i szukam zapału tych wznio- słych uniesień, które młodzieńczość stanowią, i pytam: czy my żyjemy, czy tylko jesteśmy?

Wczoraj zebraliśmy się w kilkuiKwtu, my, dzieci ju- tra, przed którymi zda się cały świat stoi otworem. A by- ła to ważna chwila w naszem życiu, bo to było wiliją dnia, w którym mieli nas pasować na ludzi, rozdając publicznie patenta w radzie nauczyoielskićj, i pobłogosławić na drogę życia ręką, ca kierowała nasze dziecinne kroki, rodziciel- skiem współczuciem, które myśl nasze przez lat tyle bu- dziło i piórwsze ziarna poczucia obowią;aiku wszczepiło w nasze serca. Dziwne to była nasze zóbranie! Jedni znie- oględnością dziecięcia jak ptaszę co się z klaAki wyrywa niechcieli badać jutra: bo i cóż to ieh obchodziło? chwila obecna dla nich wystarcz^-ła. Inni z jakąś bojaźnią pa- trzali w przyszłość:, bo- prze(&zuwaU wiele zawodów w ży- ciu, przeciwności wzrastały w olbrzymie kształty w ich wy- obraźni, i nif*przyzwyczajeiii do saiiiodzieliiości, żałowali

4 288

tych pasków, na których ich prowadzono, chociaż do tego się nieprzyznawali. Szukałem pośród swoich oddźwięku dla myśli, co mi mózg paliła, pierś rozsadzała, i gdy już pierwsze upojenia, utyskiwania i skargi przeminęły, gdy każdy wylał w słowach to co mu ciężyło, takem do nich prze- mówił: „Jutro idziemy w świat. Nasze wstąpienie w szran- ki życiowe niepowiiiho się odbyd pod gocUem sobkowstwa i dbania tylko o siebie; my jesteśmy przedstawicielami je- dnaj chwili życia, i za 'tę chwilę zmarnowaną Bogu odpo- wiedzieć będzie potrzeba. Kto dzisiaj myśli o sobie, o swo- ich celach i o swoim tylko losie, ten niema prawa do życia/*

No , to ja będę żyć bezprawnie! odezwał się jeden z koleżków, dziecię zamożnych rodziców, ^ja tak siebie ser- 'decznie kocham, że bez względu na wszystkie teorye ni- gdy o tćm zapomnieć niemogę. Widzisz mój Karolu, ty zawsze mówisz pięknie i gotowem cię słuchać kto wie jak długo, kiedym niegłodny; ale chciej zważyć, że dla orła powietrze, dla ryby woda; tyś marzyciel, tobie ten stary professor Jan swojemi lakonicznemi maxymami głowę przewrócił, to tobie się i zdaje, że Bóg do wielkich rze- czy ciebie powołał, A ja to co innego, ja sobie jestem urwis i wcale sobie głowy niekłopocę, co tam i jak będzie.

I dobrze robi Ignaś; po co to sobie głowę zaprzątać? przerwał drugi. Wszakże pamiętasz co nam zawsze bedel dowodził, kiedy który 35- nas tjómacząc się powiedział, że myślał tak albo owak: „Hm! wacan myślisz bardzo źle, bardzo źle! młody człowiek niepowinien myśleć, ale słu- chać; to swawola, mości dobrodzieju, to nieposłuszeństwo;

^ a od czegóż naczelnicy?" I mówiąc to młody chłopak poprawiał kołnierzyki, nadymał się i chodził po pokoju, na- śladując z niesłychaną zręcznością i dokładnością całą ko- miczną postawę nasz(.*go l^edeku

289 5

Śmićoh homeryczny rozwiązał wainą kwestyę. Smia- iem się i ja wraz, z innymi; ale jakoś mi bolesno byio na duszy: oni powiadają, iem ja marzyciel i dla czegóż? przecież kocham ich jak braci to rzeczywistość ; poj- muję to życie praktycznie, może praktyczniej niż inni, bom nieraz musiai bez wielu się rzeczy obywać i dla kupie- nia xi^ki wyrzec się kilka obiadów. Ja miałbym prze- cież prawo, samowolną pięścią kołatać do podwoi łaski, ko- leją domagając się o byt dla siebie; ale nie: ja do tych gonitw o rubla należeć niebędę czuję wewnątrz mćj piersi zapał nieudany, poświęcenie dla mnie niebędzie strasznćm, nierozpieściły mię zbytki, nieskrępowały ducha nawyknienia... Dzięki ci, professorze Janie ! tyś mi wska- zał cel życia, a taki święty, niepokalany przez sobkowstwo ani przez słabość ludzkąl

Wszystko to bardzo pięknie, powiedział Ignaś; ale ja trzymam się zasady: „w wątióm ciele słaba dusza'', chociaż nasz kapelan trochę się krzywi na maxymę ale cóż począć! myśmy słabi. A zatćm przez wzgląd na nasze ciało wnioskuję, aby się napić herbatki.

Zgoda! zgoda! zawołali wszyscy, ale jakże to będzie?

Juneis viribu$y mości panowie, ot co! może nie po- łacinie?

Ach mój Boże, i wszystko napróżno! Niesłyszysz, mój potomku (choć nie w prostćj linii) Cyceronów i całćj ko- horty gadułów w togach , niepoprawisz mnie dwójki, ja- dę bez patentu do mamy, będę musiał opowiadać bajecz- ne hifitorye o prześladowaniach, niesprawiedliwościach mama ze łzami będzie mnie słuchać i, rozumie się, uwie- i'zy, że to zazdrość skrzywdziła jćj jedynaka*

Mój Ignacy, ^przerwałem mu ^matka cię kocha, a ty oszukujesz,^

6 f90

Oho, mój Katoniel wtaioie dla tego, że mię kocha, mu- szę ją oszukać: lepiej niech sobie myśli, żem skrzywdzo-, ny, niż żem nic dobrego. Ale do rzeczy, mości panowie! Najprzód ja, jako człowiek najpraktyczniejszy, mam herłwi- i cukier w kieszeni. Jasiek dostanie samowara i szkla- nek u gospodyni, bo przecież on gospodarz i może się zdobyć na poświęcenie, wysłuchać przy okazyi litaniję na- rzekania na złe czasy, na dwóch złych mężów, których po- chowała i t. d. Ale tego jeszcze mało! trzeba jeszcze zro- bić inwentarz naszych finansów , a jako kto może niech ku poczciwej sprawie dopomoże może cytacya niedokład- na ale w porę. Ja składam na ołtarz dobra publicznego gr, Pol. 7; więcej niemogę bo niemam.

Jaś poszedł po samowar i szklanki, my zaczęliśmy najsumienniejsze poszukiwanie po naszych kieszeniach, i przy Bożój pomocy jakoś wkrótce przyzwoita kupka mie- dziaków znalazła się na stole.

Powiadają: szanuj groszr, grosz cię uszanuje, ciągn^ dalój Ignaś, piękna teorya, ale chciałbym wiedzieć, jak te grosze zebrane na stole uszanują nasz apetyt, kiedy swo- jćj pracy do nich nieprzyłożymy? Macie ustęp z ekono- mii o kapitale i pracy widzicie , ze nauka i w życiu ma pewne zastosowanie. Qua causa^ mospanowie, na głosy: ko- go wysyłamy w ważuój missyi zakupienia bułek ? bo do wszystkiego, potrzeba specyalnej kwalifikacyi, jak powiada projfessor fizyki.

Karola posyłać niemożna, zawołał Józef silnie zbu- dowany, pulchny, z wyrazem powszedniości na twarzy,^-bo zobaczycie, że idąc kolo kościoła pdowę rozda żebrakom.

No i ciebie niebardzo można posyłać, przerwał Ignaś,— bo ty w drodze wprawdzie ^ienakarmisz łaknącego, ty m\(i w tkliwość niebawisz, ale trzy czwarte obrócisz na

291 7

pożytek twojej indywidualności; ja głosuję 2a Franciszkiem; czyż my go darmo starym nazywamy? Najprzód, wiek jego i systematyczność broni go od wszelkiego roztargnie- nia,— ^powtóre: znacie przecież jego praktyczność, on ktipu- jąc librę papieru, przejrzy każdy arkusz, czy niema skazy. Głosujemy za Franciszkiem— Franciszek nasz de- putowany!— zawołaliśmy jednogłośnie.^— Franciszek Draw- dzik był jednym z najlepszych uczniów w naszej klassie; niedał mu Bóg świetnych zdolności, ale bieda wyrobiła w nim charakter i wolę. Kiedyśmy pustowali, on ucząc dziatwę czytać , korepetując kolegom z niższych klass, przepisując kajeta, zarabiał na swojo utrzymanie i nigdy niemogliśmy się wydziwió jak mu na wszystko starczyło czasu; umiał sobie wszystkiego odmawiać pod względem wygód życia, byle tylko zapewnić sobie środki do nauki, i tak robiąc spekulacye na swoim apetycie , w przeciągu dwóch lat ostatnich pobytu w gimnazyum , zebrał sobie w cale niezłą biblijoteczkę z kilkudziesięciu ale wył)oro- wych dzieł złożoną. Często wiedząc że niema za co ku-- pić obiadu, zamożniejsi koledzy zapraszali go do siebie. Franciszek przychodził, ale niedotknął okruchy chleba, i kiedy mu wyrzucano, żezb3rtjest dumnym i niechce przy- jąć bratniej pomocy, zwykle odpowiadał; dumny; niewo- len jestem od tego grzechu ; ale toby mię poniżało gdy- bym się wyparł swojej zasady^ Człowiek do tego tylko ma prawo co zapracuje: waszego obiadu niobędę jadł, bo niezapracowałem nań. Zresztą wywzajemnić się niemogę, ja wam obiadu niekupię , musiałbym zaciągać dług beż po- trzeby i bez zamiaru wypłacenia go. To szalbierstwo , a ja jestem poczciwy człowiek. Zjadłem dziś szklankę mleka i to wystarcza. Przecie mogłem mieć obiad bo jeszcze onegdaj miałem 20 «łt., ale znalazłem u bukonisty fizy-

8 292

Pouillet^a, wolałem kupić i przez miesiąc brać mleczną kuracyę. I cóż mi to szkodzi? przecież widzicie, żem zdrów i wesół.

Ta codzienna walka o potrzeby życia, wyrobiła w nim poszanowanie grosza, jako środka: nim co wydał, dłu- go się namyślał, ^i jak choremu koledze zawsze przybie- gał z chęcią, z pomocą, tak zdrowemu i mogącemu praco- wać nigdy niepożyczyl pieniędzy, a nawet niepomógł w pracy lunysłowćj, dowodząc, że każdy winien sam sobie radzić. Ta rachunkowość z początku zrażała nas i od- stręczała od Drawdzika, miikaliśmy go nawet przez rok blizko; ale póżnićj jedna okoliczność pokazała nam, że to zacne serce i że tylko jakaś kontradykcya wmoralnćj naturze ducha, z warunków życia wylęgła, była powodem takićj oziębłości i przezornego egoizmu. Było to jakoś jesie- nią. Przez miesiąc blizko niewidzieliśmy Drawdzika ani na lekcyach, ani u kolegów, powoli zaczęło nas niepokoić; ja w imieniu kolegów poszedłem dowiedzieć się, co się z nim dzieje. Mieszkał on wtenczas na Popowszczyźnie w malut- kim domeczku, który podczas zimy stał zwykle pustko- wiem, i dla tego za kilkanaście złt. komornego mógł mieć swój kątek. Znalazłem go w domu; trochę się zakłopotał gdy mnie zobaczyi: byłi to szlachetna skromność czło- wieka, co się ukrywa ze swojemi dobremi uczynkami. Od miesiąca pielęgnował on chorego wyrobnika, którego zna- lazł leżącego na drodze. Niemiał on dla niego żadnych obowiązków, bo go nieznał; ale był to człowiek chóry, co niemógl pracować, miał przeto prawo do jego pomocy: za-, brał go do siebie, przywołał lekarza, pielęgnował jak bra- ta, poświęcił cały zapasik grosza tak mozolnie uzbierany, a gdy choroba się przeciągała , powoli surducik poszedł na zastaw, i polowa książek się sprzedała. Ze łzami uwiel-

298 9

bBBnia rzaciiemsię mu na szyję; w imieniu wszystkich ko- legów przepraszałem go za nasze niesprawiedliwość; wy- znałem mu szczerze^ ie my sądząc z pozorów uznaliśmy go za egoistę. On się usmićcłmąt boleśnie i powiedział: ,,Bolało mię to, ale niemogłem się poniżyć do tłómacze- nia; wybyście mnie niezrozmnieli, a ja komedyi zgrywać niemogę.'*

Na drugi dzień całćm gronem przyszliśmy wynagro- dzić nasze pomyłkę. Uzbierała się malutka składka, chory wyzdrowiał, a Drawdzik ani na jotę niezmienii swego postępowania; ale myśmy szanowali jego dziwaczne nieraz maxymy , bośmy się przekonali, ie one z zacnćj płyn], duszy.

Mnićj jak w kwadrans Jaś przyszedł ze szklankami i samowarem, Franciszek wrócił z bułkami, a Ignaś jako promotor postawił stół na środku pokoju, zamiast serwe- ty rozesłał kilka arkuszy Kuryera Wileńskiego i zaczął ustawiać szklanki.

No, Jasiu , niepopisałeś się : nas jest czternastu a szklanek tylko 7; ale trzeba się ratować jak można, mu- sim się podzielić na dwie partye, na gości i gospodarzy. Najprzód nakarmim i napoim hultajów: bo ci zwykle cudzym kosztem żyją.

A ty, Ignasiu, do jakiej partyi będziesz należeć?— za- pytał Franciszek.

Ja, jak to wam musi być wiadomo, mam niezaprze- czone prawo do hultajstwa; bo mama wyprawując mię do szkół mówiła: „Niemęcz siebie, mój Ignalku szanuj zdro- wie, boś ty jeden u mnie jak słońce na niebie." To też szanowałem moje zdrowieczko, wyglądam zda się nieźle, i umiem właśnie tyle ile potrzeba jedynakowi, co dosta- nie wioskę po rodzicach.

TEKA N/ V. 2

10 294

Znałem Ignasia zupełnie z innćj strony; wiedziałem, ze chociaż niebardzo się przykładał do nauk, ale wiele czytał, i pomimo swśj lekkomyślności pozornćj, wyrobił w sobie dość wytrawny sąd o ludziach i o swoich obowiąz- kach: dla tego bolał mnie jego cynizm w przechwalaniu się ze swemi wadami, i lekceważenie w słowach nawet tego co szanował najbardziej.

Mój Ignasiu, powiedziałem mu niesłusznie siebie oskarżasz. Prawda, żeś mnidj od nas ślęczyi nad wiązka- mi, aleś się więcój wpatrzył w życie,— r i w każdśj sprawie, która nas obchodziła, któż nam doradził? Ignaśl kto z kło- potu wyplątał? Ignaśl kto się podzielił ostatkiem z po- trzebującym? Ignaśl kto Antosiowi napisał ćwiczenie, za które tamten wziął piątkę, a sam niepodał żadnego? Ignaś! i zawsze Ignaś!

O dla Boga! powstrzymaj swój zapęd Karolu! zawo- łał Ignaś, czy nieinyślisz odprawiać na moje cześć litanii?

^tóż bałwochwalstwo. Jak rozbujasz swoje wyobraźnię, mój Karolu, to gotoweś poczjrtać mi za największą zasługę, że nic nieumiem, że będę żyjącym obrazem nędzy moralnćj, i każdy ojciec i matka pokazbjąc na mnie będą mówić do swojego S3nia: „ucz się chłopcze, żeby niebyć takim nic dobrego jak ten Ignaś."

A dajcie już J)okoj tćj nauce! przerwał Antoś czy już nićma o czem porządniejszym rozmawiać? Że Karol, żeDrawdzik się uczą, to ich rzecz, oni będą z tego chleb jedli, ale nam to na co? jeszcze nam chleba wystarczy.

Masz najzupełniejszą racyę, mój Antosiu, przerwał Ignaś, t(3m zdobyłeś sobie przywilćj do pićrwszćj szklanki herbaty: bo kiedy my hultaim przypadkiem, ty hultaisz z zasady.

Żartuj sobie zdrów! przerwał Antoś a ja sobie wra-

295 11

cam do domu i zaczynam gospodarzyć, i ręczę, źe bez wa- szych mądrości, będę miał więcej od was wszystkich pie- niędzy— a jak mi trzeba będzie co zrobić, to kupię sobie jakiego hoiysża, co za mnie będzie pracował, aja mu zapłacę. Obrażał nas wszystkich podobny sposób zapatry- wania się na rzeczy; aleśmy się wszyscy przyzwyczaili nieprzywiązywać wielkiej wagi do tego co Antoś mówi. Jeden tylko Drawdzik, który go instynktowie nielubił, zbladł, postąpił parę kroków do łóżka, na którym leżał roz- walony Antoś, i głosem tłumionym powiedział:

Powoli, powoli, mości ELrezusie, z kupowaniem hoły- szów! Nas tu więcćj hołyszów ńiz pasożytów takich jak ty; ale jeszcze bodaj żaden z nas niebyt do sprzedania; niekupiłes nawet odrobiny przychylności i poszanowania jakie się ma dla kolegi, i dla tego ci radzę, niewywołuj wilka z lasu, bo mógłbym ci tak gorzką prawdę powie- dzieć, że odpadłaby cię ochota, chełpienia się z grosza, kto wie jak nabytego.

Antoś był synem dorobkowicza. Ojciec jego naj- przód ekonom, datój pisarz prowentowy, póżnićj komi- sarz, dorobił się znacznćj fortuny, może niezupełnie we- dle prawdy i sumienia. -Kupił majątek w dyferencyach, od razu rozpoczął kilka procesów z biedniejszymi są- siadami; a że miał pieniądze, słuszność znalazła się na jego stronie i zaokrąglił sobie w ten sposób bardzo pię- kną fortunkę. Z początku okoliczni obywatele patrzyli nań z ukosa; ale powoli, powoli, oswoili się widzieć go w swo- j^m gronie. Smaczne obiady dokonały reszty. Przymówka zatem Drawdzika tak była jawną, ze pawet Antoś zrozu- miał, chociaż niegrzeszyt domyslnoicią. Zerwał się z łóżka, czerwony jak upiór, i podskakując do Franciszka, zawołał:

Cóż to sobie ty myślisz, że ja pozwolę byle konui

15 596

w kaszę dmuohaó? Przymówkil patrzaj go,— -jeszcze oDi umie będzie robić przymówki!

Ściągnięte rysy Drawdzika kazaiy się nam lękać, że może z tego być awantura; i kto wie jakby się ta sprzeczka skończyła, żeby Ignaś niewpadt między zwaśnionych, wo- łając:

Dosyć tćj gawędy, czas do roboty. Jak przyjedziemy do ciebie, Antosiu, to nam twój Hryćko nastawi samowar i będziesz nas wielce fetow^ai; a teraz, ponieważ niemamy Hryćki, zrzuć pychę z serca, bierz dzbanek i ruszaj po wodę.

Jak to? ja po wodę? zap3rtał Antos, patrząc ze zdziwieniem na Ignasia.

A tak, po wodę: bo wiesz przecie, że bez wody sa- mowara nastawić niemożna.

Antosiowi ten komis widać bardzo się niepodobaf, ale że się lękał trochę Ignasia, odezwał się nieśmiało, pa- trząc mu w oczy;

Możeby kto inny?

Patrzcie, jaki wyborny nasz splendorek! zawołał Ignaś odwracając się do kolegów kto inny! czemuż nie? Niech inni pracują, ja będę i^pożywał. Zastosujesz za- sadę, jesteśmy przekonani, jak pqjedziesz gospodarzyć; ale tymczasem życzymy panu szczęśliwćj podróży,^ Tylko uwa- żnie i oględnie z tym dzbankiem: ucho trochę niepewne,

Antoś wyszedł mrucząc pod nosem; a wszyscyśmy dzię-v kowali Ignasiowi, że tak w porę umiał upokorzyć niewcze- sny wyskok Antosia, który w naszym serdecznćm koleżeń- skićm kółku, b3rł jakby żyjącą przestrogą: że te szkolne przyjaźnie, równość braterską, zetknięcie się ze świa- tem rozproszy jak mgły poranne, że miejsce miłości i po* święcenia zajmic w^^iszem ^ercu interes i sobkowstwo, że

297 U

aezanowanie zaalugi i pracy zastąpi albo schlebianie nie* wolnicze tym co silniejsi, albo li też zerwanie z towarzy- stwem i zamknięcie się w sobie samym.— ^ Smutna wojacz- ka z upiorami przesądów i zastarzałych nawyknień, kie- dyż ona przestanie pochłaniać co najpiękniejsze zdolności iskiadac na ołtarz Baalowi szlachetne uniesienia dusz mło- dzieńczych, łzy rozpaczy bezsilnej, umysły stargane zwąt- pieniem? W naszóm kółku z kilkunastu młodych chłopa- ków złożonym, których nauka i koleżeństwo powinnoby zwró- cić ku jednemu celowi, tyle się różnorodnych zebrało ży- wiołów,— a cóż będzie później? co będzie w życiu?

Przy herbacie gawędka szła jakoś żwawiój, każdy się spowiadał ze swych rojeń, ze swych projektów ua przy- szłość; a najnicdorzeczniejsze nawet plany poparte nieu- danym zapałćm i potęgą młodzieńczej wiary w swe siły, na- bierały u nas praw objrwątelstwa.

Kilka słów, płynącycl^ z serca, pewno potrafiły obu- dzić szczery zapał, chęć poświęcenia. Każdy zahaczał o so- bie, o swoieh widokach i celach, całą istotą zlewał się z myślą ogólną, okiem roziskrzonym wiarą w przyszłość i nadzieją, gonił urocze fantazma młodzieńczćj wyobraź- ni.... wzniosła to była chwila ogólnego uwiedzenia.

Czy się ona powtórzy? czy się wyryje niezatartem piętnem na sercach naszych? Ta)c wzniosłych postano- wień, wywołanych przez podniesiony stan ducha, ani czas, ani ludzie, aiii przeciwności zagładzić niebyły w stanie.

Czy owe wzniosłe zamiary, poświęcenia pełne, roz- pierzchną się jako mgły poranne, gdy słońce realizmu, wej- dzie na naszym horyzoncie, czy dochowają nieskalaną dzie - wiczą szatę młodzieńczego ducha i ochronią przez lat wie-

14 298

le serca nasze od zajazdów egoizmu, zwątpienia i obojęt^ nośoi» co z śmiercią graniczy? któż zgadnie, kto to przepo- wiedzieć potrafi?

O! moi drodzy koledzy, z którymi eię tyle lat wol- nych od trosk i niedoli przeżyło, dzieląc* się myślą każdą, płacząc jednemi łzami, ciesząc się wspólną radością czy was kiedy zobaczę? czy pozwoli los zawistny spotkać się nam kiedy znowu wśród życia kolei, i takjakdawnićj tjd- ko w doświadczenie bogatym, przez czyściec próby zahar- towanym, iść z życiem w zapasy, pierś przy piersi, ręka w rę- kę, mieć jedne drogi i wspólne cele?

Niestraszy nas nieszczęście, bośmy w wiarę bogaci niech ono nas dotknie lecz dla tego. tylko, byśmy przez cierpienie uszlachetnieni, stali się pożytecznymi pracownika- mi w winnicy Paóskiśj,

A jeżeli któremu z nas sądzono dla ziemskich celów po- deptać swoje świętości , dla utorowania sobie drogi po- pchnąć bliźniego w przepaść, uchylić szlachetne czoło przed nieprawością, dla tego tylko że silniejsza, lub nagiąć wol- ne sumienie do frymarku sobą i swoimi, to lepićj niech o takim pamięć zaginie— ^i niedozwól nam Beże spotykać go w życiu , by jego upadek naszych wspomnień nieobra- żał, a jego poniżenie niestanęlo przed nami , jak widmo szyderstwa z zapałów młodzieńczego ducha i niepo- ' służyło za żyjący przykład , dla tych, coby w imię ego- izmu pragnęli stygmatem szaleństwa, napiętnować ka- żdą myśl z serca niezarażonego sobkowstwem płynącą, ka- żdy zamiar 90 się wyłamał zespowijaków kupczenia, zysku lub wzdychania do dobrego bytu dla siebie, każdą chwilę uniesienia i zapału, w których człowiek zahacza o sobie ^ żyje tylko dla idei. Często bardzo zastanawiałem się^ nad teni, czemuby przypisać łatwość, z jaką w naszym wie

299 15

ku przechodzimy od jednego uspofiobienia do drugiego? na moey jakich praw, jakich wpływów zewnętrznych, roz- wija się w późniejszym wieku inercya ducha? a chociaż mi pan Jan starsd się wyŁlómaczyó, że właśnie ta inercya jest hartem charakteru^ niezmiennością opinii, siłą woli, ja ja- koś nigdy dobrze tego pojąć niemogłem. Ale wiedziałem z doświadczenia, że gdzie się zbierze kilkunastu młodzieży, tam łzy od śmiechu, najpoważniejsze postanowienia i za- miary od pustoty, jedna tylko chwiila przedziela: to też i z nami wczoraj zupełnie było tak samo. Po chwili skry- stalizowania młodzieńczego zapału, gwoli jednój myśli wznio- słej , która winna była być zasadą naszego postępowania wciąż przez wszystkie godziny życia, niepamiętam już na czyj wniosek, uprzątnęli naprędce w pokoju, mnie dali skrzypce w ręce, wsadzili na komodę i kazali rznąć od ucha; Drawdzik wtórował na grzebieniu, inny z kolegów takt wybijał w miednicę, a reszta kompanii dalśj dotaiica. Ktoby ze strony patrzał na te niesforne skoki, na oczy roziskrzone nieudanćm weselem , twarze rozpromienione swawolą, ten mógłby nas wziąć wszystkich za wyzwoleńców od Bonifratrów albo hołdowników Bachusa, a jednak tak nie było. Podnietą zabawy był nadmiar życia, który się musiał jakkolwiek przejawić na zewnątrz. A chociaż patrząc na nas niełacnoby nas uznano za nieodrodne dzieci Terpschory; toć w ruchach tyle było dziarskości, na twarzy takie wesele szczere, serdeczne jaśniało , wieluby się znalazło, coby nam tój godzinki swawoU pozazdrościć mogli. Biedni co się nigdy niezapominają!...

Basta! zawołał Drawdzik rzucając grzebień, gdy u mnie już się wszystkie struny na skrzypcach porwały, a reszta kolegów zmęczona ledwo się .trzymała na nogach, Ignaś leżąc na łóżku, głosem przerywanym od zmę-

u 300

czenia zawołał: Hola frygil cóż to nieznaoie waszycłi obowiązków? dalój w solennym porządku wedle zasługi, oddać cześć kapeli!

I za przykładem Ignasia, wszyscy skoczyli do nas, pochwycili na ręce i poczęli wyrzucać w górę każdego z kolei. Chwała Bogu, że mi się udało skrzypce położyó w bezpiecznćm miejscu.

Grajek zmachał się od grania.... powiedział Ignaś ocie- rając pot z czoła rękawem, jak tam dalćj? podpowiedz- cie chłopcy, bo niepamiętam.|

Dalej stoi napisano: że wszyscy się rozeszli do domu, powiedział Drawdzik i wziął poważnie czapkę.

To chyba nieczytałeśprzjrpisku rzekł Ignaś, ^botam jest napisano: że wyszU na ulicę, ale nie do domu. Ja gło suję za przypiskiem, czy zgoda panowie?

Zgoda! zgoda! zawołali wszyscy.

I w jednej chwili już byUśmy na dole i parami su- nęliśmy się bez celu, głośno gawędząc i nócąc.

Już było późno; na ulicach niespotykaUśmy nikogo; miasto zmęczone dziennym trudem spoczywało. Dziwne wrażenie robią puste ulice ludnego miasta wśród nocy. Gdzie spojrzysz, w oknach ciemno, cisza dokoła, i echo stąpania odbite wielokrotnie, jak w śród katakumb głucho się rozlega, dochodzi do ucha, by złowieszcza przestroga za połamanie praw natury i lekceważenie cudzego spoko- ju. Błądząc tak bez celu, niechcący znaleźliśmy się na Ostrobramskićj ulicy. Mimo woli posunęliśmy się dalój; wszyscy przyklękli, głowy się pochyliły w kornój modli- twie, a tam przed obrazem, jak gwiazdka nadziei, świeciła lampa? migocąc, awśród nocnćj ciszy wyrywające się z na- szych piersi westchnienia zlewały się w hjonn błagalny o bło- gosławieństwo na drogę życia. Podniosłem wzrok, w pa-

Ml IT

tr^em w obraz, i idawaio mi się, ze z mroków noc- nych, wyjrzaia twarz Boga-Rodzicy, otoczona jasnością, i dłonie zioźone na piersiach, wyciągnęła zda się po nad na* szenń głowami, a wiatr przelotny zdawał się szeptać do ucha: „Ja nkocłiałam Wilno, bo gród ten od wieków dań z miłości i s modłów serdecznych mi płaci; wyście dzieci tego grodu, Ja czuwać będę nad wami; ale ducha niega- scie, szanujcie zapał święty w piersiach złożony, a gdy po latach wielu wrócicie do rodzinnego miasta, każdy kamień co wieki pamięta, będzie miał prawo was zapytać: coże- scie zrobili ^e spuścizną łez, pracy i poświęcenia, przez oj- ców nam przekazaną? I złożę w waszych piersiach miłość niewygasłą dla tego grodu, z którego się na świat rozcho* dzicie; ona was ochroni od podszeptów pychy i chęci wznie- sienia się, z uićj wykujecie zbroicę, która wasze pierś zakryje od pocisków, namów obcych i ludzkićj przemocy. Ufajcie tylko, w modlitwie czerpajcie siły; a gdy was gdzie dale- ko od swoich pokusy otoczą, a wasza pierś zabliźni się egoizmem, szukajcie obrony przed moim ołtarzem, ulatuj- cie wspomnieniem w lata minione: świętość chwili obecnćj będzie dla was najlepszym puklerzem/'

I znowu było cicho, lampa wciąż migotała, a w duszach naszych był spokój. Powstaliśmy w mflczeniu i ze spu- szczonemi głowami, z piersią przepełnioną miłością, z za- łzawioną źrenicą przeszliśmy na plac katedrabiy. Ta Drawdzik nas zatrzjrmał; twarz jego była zaogniona sil- nom wzruszeniem, oko łzawe, głos tłumiony gwałłownćm uczuciem.

Myśmy go otoczyli, ti on tak do nas mówił: Bracia, wspólna modlitwa, to wielki ślub Bogu^ tam przed obrazem Matki Boskićj ochrzciliśmy naszego ducha miłością, modlitwą i poświęceniem; tu wobec tych wieko-

18 M2

wych pamiątek życia praojoów, które nas otaczają, podaje my sobie dłonie i wykonajmy wielki ślub stania się go- dnymi obowiązków jakie przeszłość na nas wkłada. Praca i prawość niech będą naszćm godłem; wspomnienia naszą podnietą; spełnienie obowiązku jedyną nasząmagrodą.

Gdy to mówił, twarz jego strojna w zapai i natchnie- nie, silną wiarą rozpromieniona, była piękna tym rodzajem męzkiój piękności, której nieznajdziesz w Greckich posą- gach. Wyciągnął do nas rękę i 14 rąk związało się w jeden węzeł, i czternaście par oczu łzawych a iskrzących zapałem wzniosło się ku Niebu, jakby biorąc Pana Jfastępów za świadka tego postanowienia, co młodzieńcze zaludniło pierpi. Drawdzik mówił datój:

Patrzcie, oto świątynia Pańska; wzniosła się na gru- zach pogaństwa, i przez wieki przechodząc i przeistacza- jąc swe kształty, gromadziła w swych murach swoich wy- znawców. Wiara wzniosła, wiara strzegła; chowaj- myż w piersiach wiarę! Widzicie te gruzy na szczycie góry Zamkowój, siła je wzniosła a czas zniweczył, dziś pleśń je przykrywa i wiekowe gmachy w ruinach, gdy trzy drewniane proste krzyże na sąsiodnićj górze stoją jeszcze. Dźwigajmy swój krzyż z radością: bo tylko przez krzyż do nieśmiertelności droga. A tam, jeszcze dalćj, na prawo, spostrzegacie płowy odsyp góry Bekiesza; przelotne wia- try zdmuchnęły nawet i ślady pomnika, jednostce wznie- sionego: taka kolój, takie prawo konieczności- Pracujmy nie dla rozgłosu, ale dla prawdy: pomniki runą, ale owoce pracy sumiennśj przetrwają przez wieki.

Przez wieki! powtórzyło czternaście piersi. „Przez wiekir' wtórzyło echo odbite od ścian świątyni i od gór kra- wędzi, i ztamtąd przedzierając się po ramionach krzyżów wyżąj i wyżćj jeszcze raz odbiło się w chmurce przelotnej

sos 19

i ilecialo na dół „Przez wieki," jak błogosławieiistwo na nasze głowy.

O moja matko, matko jedyna! Czemuż ciebie niebyło wowśj chwili, kiedyś się mogła pocłilubió swoim synem! a tak mi było potrzeba twojśj piersi, na którójbjrm mógł uspokoić moje rozmarzoną głowę i spłakać się dowoli łza- mi radości.

Każdy z kolegów miał swoich blizkich, którzy jego tryumf dadelili; ja tylko jeden napróżno toczyłem wzro- kiem do koła, przeglądając* świetne grono zebranych go- ści na akt publiczny: tam niebyło nikogo na czyjby wi- dok serce zadrgało w piersiach. Boże rmó^y Boże! czćm się to dzieje, że trudnićj podołać wielkićj radości, niż bo- leści gwałtownej? Pićrwsza' pierś nam rozwidnia, eały świat wydaje się nam .pięknym, pod jój wpływem kochamy wszystkich ludzi jak braci, i radzibyśmy z nimi się dzie- tić tym nieprzebranym,^ według naszego nmianobania, skar-. bem radości, i d^ełimy się z. silną wiarą, że ten podział nas niezuboży na szczęściu; radzibyśmy pełnemi garścia-r mi rozrzucać między bliźnich uciechę, widzieć dokoła sie* l>ie tylko uśmiechające się twarze: bo szczęŚQiQ» to. spuśei<^ zna młodości; a młodość niebac^y na jutro- właśnie dlate^ gO) że przed nią tyle dni jutrzejsaĘ;ych z^^stało. Boleść kry^ je się od świata, w cichości uo^yb&zsenni^trawignycb spor żywa życia zasoby, godziny zmienia w l»ta, olbrzymim kro-^ kiem posuwa nas do końca; a chociaż sił duoha nu^zniwe-* czy, ale jeszcze hartu mu nacja iwjsmocni, wolę przerobi, niedoświadczonego ehłc^aka Z9.mipi)i w męża* tpć w zamian za dni próby k;aże zapłacić ciężką daniną, ze zdruzgotanych lojeń uroczych snów i ttiarzeii.młodociaijy eh, nadziei pra^ mienny<5h; posta^wi^nas uad świeżo- usypająą mogiłą^ Tsrktór^

20 104

rój wiasnemi rękami zągrzebaliemy wiarę w szczęście osch bistCt a zamiast pomnika postawiliśmy na nićj chłodne uczu* cie obowiązku, który ma być przewodnikiem w dalszych iycia kolejach.^

Dziś naleiy do mnie, jam dziś szczęśliwy, bom dosią^ cela. Pocói się strachać o jutro, poco wywoływać wid- mo zgryzoty, którój i tak dość jeszcze przyjdzie doznać w łyciu?

Po ukończeniu uroczystćm aktu z Drawdsikiem do- staliśmy najwyższe nagrody. Pobiegłem pochwalić się i podzielić swoją radością z professorem Janem. Przez cały czas mego pobytu w Wilnie on mi zastępował ro^ dziców, wspierał radą a niekiedy i kieszenią, chociaż sam nienazbyt był w środki bogaty. Wiązała go z moim ojcem przyjaźń od ławki szkolnej, w imię więc tćj przy- jaźni poruczono mię jego bacznej opiece. Był to czło- wiek najzacniejszy w świecie; ale trzeba go było zrozumieć, trzeba było umieć odkryć i dopatrzyć pod szorstką, na- wet trochę rubaszną postacią duszę wzniosłą, zapału peł- ną, którćj ani czas, ani okoliczności zużyć niemogły. Po- mimo siwego włosu przechował jak świętość, młodzieńczość ducha; w chwilach serdecznego wylania skoro go roze- grzało współczucie słuchającego , widziałem w nim insze- go człowieka niż zwykle: jego twarz promieniała natchnie- niem, rysy niepiękne i trochę ospą zeszpecone odbijając wewnętrzny nastrój ducha, uszlachetnione zapałem, ja- śniały jakimś mistycznym nieodgadnionym powabem.

Niezależność osobista była główną ideją, do klórćj dą- żył przez całe żj'cie; dla niej zaniechał świetnego może losu i rozgłośnego stanowiska w nauce: porzucając kate-

305 21

drę professora uniwersytetu o&iadł w Wilnie i utrzymy- wał się E lekcyj prywatnych; a wszystkie wolne chwile poświęcał muzyce , która się w końcu staia jedynym wy- łącznym jego żywiołem i zapełniała całą próżnię jaką mo-^ gk) zrobić w sercu tkliwćm i do przywiązania skłonnym iyeie samotne zdaleka od ludzi , chociaż wśród ludnego miasta. Dla tegp by siebie niekrępowaó, potrafił ogra* niczyć swe potrzeby tylko niezbędnie koniecznem. Ileż to raasy powtarzał mi, pragnąc przelać swe zasady w mo^ je młodziane serce, „Mało potrzeb— wiele swobody; przy-* swycsajenia to łańcuchy na niezależność ducha. Kochaj ludzi , ale postaw siebie tak, żebyś niczego od nich nie* potrzebował. Dawaj wiele ^bierz mało. Wdzięczność, to naj- sroisze pęta na swobodę. Lakoniczne te formułki za- sklepiały w siebie całą niemal łustoryę życia, tego kocha- nego mizantropa, co kochając ludzi, o ile mógł ich uni* kał, dla tego jedynie, by stosunki z nimi niepostawiły go w zależności od czyjegoś kaprysu. Mieszkał na poddaszu, w małym pokoiku, którego całe umeblowanie stanowiły łóżko, szafa z xiążkami, stół do pisania^ pulpit i półka na noty. Przy stole stało jedyne krzesełko plecione, a w jednjmi kącie koło pieca prosty stołek drewniany z mi- ską i dzbankiem do wody, kij, parasol i na kilku ćwiekach zawieszone płaszcz, futro i trochę innego odzienia. W in^ uym kącie stał samowar i króbka z węglami, a obok nie- go dwie szklanki, imbryczek i mieszek. Przy pulpicie leżało na ziemi pudełko ze skrzypcami. Trudno było wchodzić do jego mieszkania, ale za to z jego okna był widok cza- rujący. Sposób jego życia był następujący: wstawał o pią- tfy i narruciwszy na siebie płaszcz ruszał z dzbankiem po wodę , zachodził po drodze do piekarni , kupował buł- kę , wracał , sam nastawiał sobie samowar , po herbacie

22 Z06

grał «wykle kilka godzin;— pożriiej wychodriłlf na lekcye co mu zabierało także kilka godrin czasu; za powrotem do domu czytał, robił wypisy, a wieczorem albo ja przycho- dziłem, na gawędkę, albo znowu grał, bo czytać niemógt. Obiadował rzadko, nie przez oszczędność, ale dla tego że to go kosztowało, i kiedym mu zarzucał, że to może zdrowiu zaszkodzić: zwykłe mnie odpowiadał: „Ależ mój Karolu, jaz niemogę być niewolnikiem traktyernika; u niego obiad gotów apierwstój ajamo^ęeheieć jeść odwónastćj; stołować się starym, ta kupować niewolę; organizm skłonny do przyzwy- czajeń; regularność jest matką przyzwyczajenia ; złamanie nabytego przyzwyczajenia okupuje się cbOToh%*'*

Jednym tchem wbiegłem na trzecie piętro z paten- tem w ręku, z radością w sercu. Przy drzwiach zatrzyma- łem 8ię> by oddech odohwycić i posłyszałem rzewne tony elegii Brnsta, które się z pod jego smyczka wylewały ja^ ko bolesna skarga kochającego, a zranionego serca, które przeszło pnEez świat szeroki samotne, i nigdzie niespotkało bratniego spółczucia. Uchyliłem drzwi pocichu zatrzy- małem się przy progu, i w niemym zachwyceniu przysłu- obywałem się grze pr. Jana^ który stał pośrodku pokoju sposągewany prawie, zełzawem okiemf i skrzypce i gra- jąey stanowiły jedne całość. Ten kawai drzewa musiał pojąć niemą boleść swojego, pana, i dla tego strony jego z taką prawdą się wypowiadały^ I słuchałbym go długo, śledząc myślą wf^iystkie przejścia uczucia we wzniosłe, a rzewności pełne tony, żeby znienacka pr. Jan nieurwał wpół taktu z pewnćm niezadowoleniem na twarzy, jakby fię żaląc na instrument, że zeń niemożna wydobyć tonu barmoni żującego z jego wewnętrznym nastrojem.. Wtedy rzacilom się mu na szyję ze łzami w.oczach, starałem się

mi ii

moim uściskiem ukoić boleść, którą zrozumiałem kochają- cem sercem: zapomoiaiem i o patencie nawet i o świetnych rojeniach; gra jego uniosła mnie daleko w niedostępne krainy ducha, których pigdy niedojrzy oko zamroczone egoizmem, albo też przyćmione materyalizmu powloką.

Karolu pamiętaj, mówił mi jakby odpowiadając na myśl moje, że sztuka to przeczysta dziewica; skoro sza- ty twojego ducha niejaśnieją śnieżną białością , nieważ się do nićj zbliżyć: prawdziwe uczucie tylko z szlachetnego ło- na wypłynąć może i zaczął chodzić po pokoju wielkierai krokami jakby się starając uspokoić; ja mu podałem pa- tent.

C5o to jest? zapytał mnie jakby budząc się z uśpienia.

To patent, otrzymałem go przed chwilą, do kogóż miałem się udać, aby podzielić moje radość? tyś mi dru- gim ojcem, wesprzyj mnie radą i pobłogosław na drogę życia. Z gorączkową prawie niecierpliwością pr. Jan roz- winął patent, i zaczął się weń wczytywać, mrucząc pod nosem:

Poczciwe serce-., brak hartu; dziecięca wrażliwość.... czas i niedola najlepsze lekarstwo.... Skoro ^kończjHt, poło- żył patent na stole, wpatrywał się przez kilka minut w twarz Hioję jakby chcąc wyśledzić wszystkie najskrytsze myśli, a poźuićj zapytał:

Przyjacielul cóż myślisz?

Ja co czekałem pochwały i zachęty, trochę byłem zrażony tem niby obojętnćm zapytaniem, idla^tegom dość ozięble odpowiedział:

Świat Azeroki, może się i dla nanie na nim znajdzie miejsce; będę się uczyć, będę pracować, a może